Nasz Ararat

O Araracie marzyliśmy z żoną około pół roku. Najpierw podjęliśmy decyzję, że tegoroczne wakacje spędzimy we wschodniej części Turcji. Potem było planowanie trasy. Określiliśmy miejsca, które koniecznie chcemy zobaczyć. Pewnym punktem było zawsze Dogubayazit – miasto przy granicy irańskiej, u stóp Araratu, obok kompleksu pałacowego Ishak Pasa. Myśleliśmy o jakimś trekkingu, aż tu nagle olśnienie – a właściwie to dlaczego nie Ararat?

Zaczęliśmy wyszukiwać w internecie informacje na temat biblijnej góry. Nie było tego wiele. Zaczęły się rodzić rozterki:
– pozwolenie należy załatwić w Ankarze kilka miesięcy wcześniej
– może więc iść bez pozwolenia ?
– ale wszędzie na wschodzie jest pełno wojska
– właściwie, to co nam mogą zrobić, jeśliby nawet nas zatrzymali ? Najwyżej się wrócimy
– pewnie, a „Midnight Express”? Przecież to strefa przygraniczna, teren Kurdystanu, jeszcze ta wysokość – 5137 m npm, żadnych map…
Nie sposób teraz rozstrzygnąć, czy pójdziemy na górę. Postanowiliśmy zadecydować o tym na miejscu. Znaliśmy już trochę Turków – wiadomo, pozwolenie pozwoleniem, a oni i tak coś wymyślą. A i my, Polacy nie w ciemię bici, a forsy nie mamy tyle co Japońcy, czy jacyś Niemcy – coś wymyślimy. Będziemy na miejscu, siądziemy i coś wspólnie wydumamy.

Wreszcie przyszedł wrzesień – jedziemy. Nocka w Stambule i już siedzimy w autobusie do Dogubayazit. Jeszcze 20 godzin i zobaczymy Ararat!
Wrażenie było niesamowite. Widzieliśmy Górę wcześniej na zdjęciach, ale to nie to samo. W rzeczywistości widać dopiero Jej potęgę. Spowity śniegiem wierzchołek góruje nad spaloną słońcem okolicą. Ararat przytłacza swoim rozmiarem, a jednocześnie jest kusząco piękny. Oczarowuje nas i wiemy już na pewno, że chcemy być na Jego szczycie.

W Dogubayazit, zgodnie z przyjętym planem mówimy wszystkim i wszędzie, że interesuje nas wejście na Ararat. Pierwszego dnia dowiadujemy się w kilku miejscach, że konieczne jest posiadanie pozwolenia, że musimy iść z przewodnikiem, wynająć osły lub muły, wypożyczyć raki i że to wszystko za 400 $ od osoby. Robimy smutne miny tłumacząc, że cena jest zawrotna, że my z Polski, że młode, studiujące małżeństwo, że muły nam niepotrzebne itd i umawiamy się na drugi dzień. Rano niespodzianka – cena w agencji turystycznej spada do 150 $ na łepka, a u sklepikarza z dywanami (który ma kolegę przewodnika) do 110 $. To wciąż jest dużo, zagadujemy czy są może inni chętni na wyprawę, czekamy na odpowiedź do wieczora. Kurcze blade – nie ma chętnych. Następnego dnia już nieco zrezygnowani zostajemy odesłani przez właściciela agencji do kogoś, kto może nam pomóc. Wreszcie rozmawiamy z przewodnikiem, bez żadnych pośredników. Ustalamy cenę na 75 $ od osoby, następnego dnia poznajemy resztę ekipy : Japończyka, który wyłożył 500 $ i Niemkę (250 $). Nie wolno nam mówić ile zapłaciliśmy, cieszymy się, wyprawa nabiera realnych kształtów i staje się faktem.

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

Wycieczki last minute: do Grecji, Chorwacji, linie lotnicze, przewodniki